HISTORIA MOLI…CZĘŚĆ 1

Grudzień 22nd, 2009

Moli! Czy mogłabyś podać mi tą sepię, która leży na stoliku koło okna?-głos pana Greenala wyrwał mnie z rozmyślań…-wołam cię chyba po raz czwarty-ciągnął, kiedy podeszłam – w twoim przypadku powiedzenie “do trzech razy sztuka” na pewno nie skutkuje- mimo takich słów uśmiechnął się serdecznie. Wiedziałam że mnie rozumie. Pan Greenal był niesamowitym człowiekiem o niesamowicie dobrym sercu…
-Już niosę panie Greenal!-odpowiedziałam i skoczyłam na drugi koniec pracowni artystycznej…
-Eh, ty się Moli chyba nigdy nie nauczysz! Jestem Nick ! Ja wiem, że tam- nigdy nie używał słowa DOM DZIECKA, zawsze starał się znajdować słowa zastępcze. – wiem ,że nauczyli cię odpowiedniego zachowania wobec osób starszych, rozumiem – ciągnął z powagą- ale ja dla ciebie jestem NICK!- roześmiał się-A teraz powtórz, bo nie jestem pewny czy załapałaś….
-No tak, przepraszam…Nick…
Pan Greenal ekhem..to znaczy Nick, jak mówiłam ma dobre serce, kiedy jeszcze mieszkałam w domu dziecka mając 16 lat przychodził i patrzył jak rysuję. To był mój świat, to był mój sposób na oderwanie się od przykrego życia w Domu dziecka, Nick potrafił docenić mój talent jak nikt inny. Przy nim chciałam się rozwijać w kierunku swoich marzeń…
Spojrzałam na niego, miał siwą nierozgarniętą i pomimo wieku całkiem bujną czuprynę. Jego oczy tryskały optymizmem. Odkąd sięgam pamięcią zawsze chodził pogodny i uśmiechnięty. Byłam mu wdzięczna za to, że przyjął mnie jako uczennicę pod swój dach. Nick był dla mnie mistrzem rysunku, był w tym na prawdę dobry. Sorry, był NAJLEPSZY!
Na środku pracowni rozstawiona była średniej wielkości sztaluga, odpowiednio oświetlona. Nick kierował swoje spojrzenie w stronę martwej natury, którą sama pieczołowicie układałam. Nick spojrzał na mnie, stałam prosto pośród wielu prac walających się po podłodze i przyklejonych na ścianach. Podszedł do mojego biurka sprawdzić co dziś narysowałam. odsłonił mój szkicownik, tak, to był portret Joela z Good charlotte, którego maksymalnie dopieściłam swoim najlepszym ołówkiem…
-Całkiem niezłe-spojrzał na mnie Pan Greenal,- Na prawdę dobre! Już zdążyłem się przyzwyczaić do tych śmiesznych ludzi na twoich rysunkach. Z początku wolałem żebyś zajęła się czymś innym, ale jeśli dobrze robisz, to co robisz…to …bardzo dobrze…-uśmiechnął się do mnie jak zawsze…
-Nick! Muszę już jechać…powiedziałam ze smutkiem w głosie,
-skoro musisz…-odpowiedział Nick- i kto mi teraz będzie włączał muzykę na full tak, żeby sąsiadka z dołu waliła miotłą w sufit?-powiedział to jakby się na prawdę przejął.
-Ale ja jadę tylko na jeden dzień i wracam w nocy następnego dnia…
-Czyli jednak więcej niż dzień, w takim razie ja też wyjeżdżam na tydzień, muszę załatwić sprawy z papierami itd…sama wiesz o co chodzi…
-tak-przytaknęłam. Przytuliłam się do niego jak mogłam najmocniej
-Tylko pamiętaj! Po pierwsze:uważaj na siebie, po drugie: żadnych imprez w domu, a po trzecie…ee….ee…pamiętaj że cię kocham…!
-Dobrze-odpowiedziałam i zniknełam w drzwiach…Było mi smutno że go opuszczałam, mimo ,że to tylko jeden dzień… Był jedyną osoba jaką miałam, nie wiem co bym bez niego zrobiła…
Na dworzu było ciemno, było około 00:15, zaraz miałam pociąg…Jeszcze jedno spojrzenie w okno pracowni…, pomachałam Nickowi i ruszyłam wąską uliczką. Zaczęłam biec, nie wiem czemu ,ale nie lubię sie spóźniać. Torba, mój jedyny bagaż obijał mi się o nogi. Była to średniej wielkości torba z powyzywanymi wzorkami, sama ją zrobiłam.
Rozejrzałam się , na ulicy nikogo…ani jednej żywej duszy…przeszłam spokojnie, wolnym krokiem przez ulicę…Przed sobą zobaczyłam oślepiające światło i usłyszałam ogromny huk obijającego się o samochód ciała, to było moje ciało…Poczułam ból, nie zdążyłam wydusić z siebie słowa…zostałam potrącona…obraz przed oczami rozmazał mi się…

Zostaw komentarz